… a wiesz co jest w tym wszystkim najmilsze? Otępienie. Ten stan, kiedy już przestajesz przejmować się tym całym rejwachem wokół ciebie, kiedy już tylko marzysz o paru godzinach izolacji, nieistnienia dla nikogo, nie czujesz bólu, zmęczenia, przestajesz liczyć godziny, ot tam przed tobą jest punkt do którego musisz doczłapać i tylko to jest ważne. Tylko to widzisz, tylko tym żyjesz, nic ponad to nie liczy się. A kiedy już padniesz przy nim, kiedy dotrzesz do sedna tego dnia, wyznaczasz następny na kolejny dzień, kolejny i kolejny aż nie masz już sił nawet na wyznaczanie, brniesz przed siebie bo tak trzeba, bo tak musisz bo nie masz innego wyjścia tylko zakreślać kolejne dni czerwoną krechą na ścianie i patrzysz ile jeszcze do skreślenia ich zostało. I nie masz czasu na myślenie na czucie, jest tylko czerwień skreślonego dnia i kolejny punkt na mapie życia, który trzeba zaliczyć, zdobyć, przetrwać. Nic więcej. A kiedy zamykasz oczy nie widzisz nic prócz czerni, wyzbywasz się marzeń, są jak zbędny balast zatrzymujący cię w tej drodze od jednego punktu do drugiego, bo kiedy wyłaniają się ze snów, kiedy budzą w tobie pożądanie, tęsknotę, kiedy wstając rano ponownie dostrzegasz własne odbicie w lustrze zaczynasz pytać: dlaczego, co zrobiłeś, że wciąż wszystko nie tak?! I nie masz odpowiedzi, opuszczasz głowę i przestajesz już znaczyć dni. Bo ile można? Jak długo można wierzyć w sens, kiedy każdy kolejny dzień zadaje kłam. I uciekasz, uciekasz w jak najmroczniejsze miejsca własnego „ja” aby tylko nie czuć. I zapadasz w otępienie, i w końcu jesteś szczęśliwy bo już nie musisz czuć, a każdy następny dzień to kolejny punkt w twoim programie do samozniszczenia. I jesteś szczęśliwy, chociaż tego już nie czujesz.
Dodaj komentarz
Brak komentarzy.
Komentarze RSS Identyfikator URI TrackBack
